Intruzi we własnym domu. Ciężka dola polskich bramkarzy

Tomas Fucik (fot. Marcin Nowak)
Nie mam pojęcia, co zrobiło na mnie większe wrażenie – okoliczności związane z przedłużeniem umowy, a następnie pożegnaniem Gabriela Kaczkowskiego, czy reakcje kibiców, którzy uważali, że w zachowaniu klubu nie ma nic nieodpowiedniego. Abstrahując już od sytuacji pomiędzy Kaczkowskim, a Zagłębiem można dojść tylko do jednego wniosku – mało kto ma w życiu tak przekichane, jak polscy bramkarze.
Polscy bramkarze – gatunek na wymarciu
Zagadnienie związane z piekłem polskich bramkarzy powinno spędzać sen z powiek hokejowym decydentom nad Wisłą. Na dobrą sprawę „polski bramkarz” to gatunek wymierający, który za chwilę będzie występował wyłącznie w hokeju juniorskim. Naturalnym środowiskiem rodowitych golkiperów staje się boks zmian – w którym spędzają zdecydowanie więcej czasu niż na lodowej tafli. W sezonie 2025/2026 żaden z bramkarzy urodzonych w Polsce nie dobił do granicy 1000 rozegranych minut w sezonie zasadniczym. Celowo w tych wyliczeniach pomijam Tomka Fučíka, który polskie obywatelstwo otrzymał już jako w pełni ukształtowany zawodnik. Największą liczbą minut legitymuje się broniący barw STS-u Sanok, Filip Świderski. Nie mam zamiaru w żaden sposób ujmować umiejętności Filipowi, ale spójrzmy prawdzie w oczy – wynika to tylko i wyłącznie z agonalnej sytuacji klubu. W ubiegłym sezonie do rozgrywek TAURON Hokej Ligi przystąpiło 9 drużyn. Przyjmując, że każda z ekip ma dwóch podstawowych bramkarzy, daje nam to 18 nazwisk. Zestawiając ich pod kątem czasu spędzonego na lodzie, wspomniany wyżej Filip Świderski zajmuje 9. lokatę. Wnioski są zatem oczywiste – w każdym jednym zespole, obcokrajowcy są żelaznymi jedynkami.
Jest słabo, ale stabilnie
„To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać” – pewnie większość z was, doskonale zna ten cytat, który mam wrażenie doskonale opisuje marazm tej sytuacji. Ekstraligowe kluby wciąż uporczywie stawiają na obcokrajowców, odgórnego pomysłu na rozwiązanie patowej sytuacji brak. Na dobrą sprawę, co polski hokej zyskał na obecności w naszym kraju Jespera Eliassona czy Niilo Halonena? Obaj panowie zarobili jak na prezentowany poziom sportowy całkiem niezłe pieniądze i wrócili do siebie. Za zmienników mieli dwóch rodowitych bramkarzy, którzy gdy była taka potrzeba, stawali na wysokości zadania, jednak na dłuższą metę pozostawali w cieniu stranieri.
Gdzie zatem minut ma szukać polski bramkarz? W TAURON Hokej Lidze kluby są w głównej mierze skupione na tym, aby wszystko było na już – instant niczym zupka błyskawiczna. Ściągamy obcokrajowców, kto nie wypali – zastępujemy kolejnymi. Poważnego zaplecza brak, zatem kwestie wypożyczenia do niższych klas rozgrywkowych nie wchodzą w rachubę.
Kadra dla Polaków?
Granica została już tak mocno przesunięta, że nawet obsada bramki w drużynie narodowej opiera się na naturalizowanych zawodnikach. Ostatnie cztery turnieje mistrzostw świata zostały obsadzone w głównej mierze przez Johna Murraya i Tomáša Fučíka. Dwójka bramkarzy z polskim paszportem na tych turniejach rozegrała ponad 1100 minut. Chęć sięgania po coraz łatwiej dostępnych i będących w zasięgu finansowym obcokrajowców sprawiła, że rodowici bramkarze nie są częstym widokiem nawet w kadrze narodowej.